Odpowiedzialność karna kierownika budowy. Jak fikcyjny wpis w dzienniku kończy się w prokuraturze?
- r.pr. Magdalena Krawczyk-Jaworska
- 2 dni temu
- 3 minut(y) czytania
Ustalmy na samym początku jedną, absolutnie fundamentalną rzecz: bycie kierownikiem budowy to nie jest praca dla ludzi o słabych nerwach. To funkcja, która pod względem poziomu stresu, adrenaliny i codziennych wybuchów przypomina bycie frontmanem w heavymetalowym zespole.
Kiedy wszystko idzie dobrze, inwestor spija śmietankę, a kiedy głośniki stają w płomieniach i scena zaczyna się walić – wszyscy patrzą na Ciebie.
Tylko że w przeciwieństwie do gwiazd rocka, Twój błąd nie kończy się zdemolowanym pokojem hotelowym. Twój błąd kończy się wjazdem prokuratora przy dźwiękach Marszu Imperialnego z „Gwiezdnych Wojen”.
Więc jeśli jesteś inżynierem i wydaje Ci się, że Twój podpis i pieczątka w dzienniku budowy to tylko formalność, weź głęboki oddech. Rozsiądź się wygodnie, bo zaraz zrobimy sobie wycieczkę po prawniczym „Mad Maxie”, czyli realiach odpowiedzialności kierownika budowy.
Reżyser tego widowiska, czyli kto tu właściwie rządzi?
Kierownik budowy to nie jest statysta, któremu inwestor łaskawie dał krzesełko na placu. W świetle Prawa budowlanego jesteś jak reżyser w hollywoodzkim hicie akcji. Masz uprawnienia, jesteś wpisany do Izby Inżynierów i masz opłacone OC. Od momentu protokolarnego przejęcia placu budowy, masz tam władzę absolutną.
Jeśli podwykonawca próbuje wylać beton na źle zazbrojony strop, bo „panie inżynierze, my tak od 20 lat robimy i stoi”, to Ty masz prawo (i obowiązek!) krzyknąć „Cięcie!” i wstrzymać roboty. Dlaczego? Bo kiedy ten strop ostatecznie runie, to nie „pan majster” będzie głównym bohaterem aktu oskarżenia.
Dziennik budowy to Twój Horokruks
Przejdźmy do największej pułapki, w którą wpadają kierownicy. Nazywam to syndromem „gitarzysty bez podłączonego piecyka”, czyli byciem kierownikiem z teczki.
Znasz ten scenariusz: inwestor tnie koszty, więc zatrudnia Cię tylko po to, żebyś raz w miesiącu wpadł na budowę, pokiwał głową i przybił pieczątkę. Resztę „ogarnia” inwestor ze szwagrem. I tu na scenę wchodzi art. 271 Kodeksu karnego (Poświadczenie nieprawdy).
Dziennik budowy to nie jest pamiętnik nastolatki, w którym można pisać, że zbrojenie było idealne, chociaż w ogóle go nie widziałeś. To oficjalny dokument. Jeśli wpiszesz tam fikcję, żeby inwestor dostał kolejną transzę kredytu z banku, to właśnie podpisujesz swój własny bilet na koncert za kratkami. Fałszerstwo intelektualne to ulubiony paragraf wydziałów przestępczości gospodarczej (wrzucają to też np. do karuzel vatowskich - ale to innym razem).
Odpowiedzialność Cywilna: Kiedy fałszujecie, ktoś musi zapłacić
Zostawmy na chwilę prokuratora i pomówmy o pieniądzach. Odpowiedzialność cywilna kierownika (art. 415 lub 471 Kodeksu cywilnego) to moment, w którym budynek ma wady, woda leje się do garażu podziemnego, a inwestor nagle przypomina sobie, że przecież miał od tego nadzór.
To jest jak proces o plagiat w świecie muzyki – ktoś musi zapłacić za to, że to tak fatalnie brzmi. Jeśli przez Twój brak nadzoru podwykonawca położył złą izolację, odpowiadasz za szkodę. I tak, masz ubezpieczenie OC. Ale ubezpieczyciele to nie są instytucje charytatywne. Jeśli udowodnią Ci rażące niedbalstwo (np. nie było Cię na placu budowy przez trzy tygodnie), wypłacą pieniądze inwestorowi, a potem wrócą do Ciebie z regresem. Z własnej kieszeni zapłacisz za cudzą fuszerkę.
Solówka na wokandzie karnej, czyli ciężkie brzmienia
A teraz to, co tygrysy (i prokuratorzy) lubią najbardziej. Przepisy karne Prawa budowlanego to jedno, ale prawdziwy rock'n'roll zaczyna się, gdy na budowie dochodzi do dramatu.
Art. 220 k.k. (Narażenie pracownika na niebezpieczeństwo): Klasyk gatunku. Inwestor nie chciał zapłacić za porządne rusztowania albo barierki. Pracownik spada i łamie kręgosłup. Kto odpowiada za BHP na placu budowy? Kierownik budowy. Pierwsze wezwanie na komendę w charakterze podejrzanego zawsze trafia do kierownika.
Art. 163 i 164 k.k. (Sprowadzenie katastrofy budowlanej): Nie musi nawet dojść do zawalenia całego bloku. Wystarczy, że błędy w Twoim nadzorze sprowadziły „bezpośrednie niebezpieczeństwo” dla życia lub mienia w wielkich rozmiarach. Jeśli wiatr zrywa źle zamocowany dach na nowym osiedlu, to policja nie pyta o to, kto trzymał młotek. Policja pyta, kto odebrał ten etap robót.
Jak nie zejść ze sceny w kajdankach?
Śląski rynek budowlany potrafi być brutalny. Pomiędzy tnącym koszty inwestorem a szukającym oszczędności generalnym wykonawcą stoisz Ty, z uprawnieniami, które zdobywałeś latami, i majątkiem, na który ciężko pracujesz.
Kiedy inwestor naciska na Ciebie, żebyś „przymknął oko” na braki w dokumentacji, albo kiedy generalny wykonawca grozi, że nie zapłaci Ci za nadzór, jeśli wstrzymasz roboty – nie improwizuj. Nie graj bohatera, który weźmie to wszystko na swoje barki.
Potrzebujesz tarczy, zanim na placu budowy pojawi się nadzór budowlany albo prokurator. Zabezpieczanie dziennika budowy, ochrona Twojej licencji przed rzecznikiem dyscyplinarnym i twarda walka o Twoje honoraria to nie jest zadanie dla inżyniera. To zadanie dla prawnika procesowego.
Jeśli czujesz, że na Twojej budowie lada moment zerwie się lina i ktoś będzie musiał za to odpowiedzieć prawnie – skonsultuj to, zanim złożysz kolejny podpis.

Komentarze